niedziela, 24 września 2017

randomowa notka do sprawdzenia etykiety

 Wadera przez chwilę stała nieruchomo, mrugając od czasu do czasu. Po paru sekundach powoli zmieniła postawę ciała, z ofensywnej do normalnej, rozluźniła mięśnie. Niczym wiosenny wiatr zaczęła z lekkością okrążać basiora, ledwo dotykając łapy o ziemię. Z każdym obejściem coraz bardziej zacieśniając przestrzeń  między nimi, niekiedy ocierając jego bark o swój.  Po zrobieniu trzech takich kółek zatrzymała się nagle i z całej siły uderzyła wilka w bok, o mało co go nie pozbawiając równowagi. Te parę chwil wystarczyły, by używając magii ziemi przywołać 4 rośliny, które związały jego łapy. Dla zwiększenia bezpieczeństwa dodała jeszcze piątą narośl, która okalała jego brzuch. Potem niczym lekki podmuch odeszła parę kroków, by obydwoje byli naprzeciw siebie. Wadera usiadła wygodnie, znów trzepocząc swoimi rzęsami, by swoim wyglądem przypominać małą, nieszkodliwą, waderę.
-Oh, rodzina, przyjaźń, zaufanie, miłość...Wytłumacz mi proszę, co oznaczają te pojęcia, bo nie rozumiem?-odparła słodkim głosikiem, ale w jej głosie słychać było ironię.
-Moja ukochaniutka rodzinka aż tak napawała się miłością do mnie, że uważała mnie za potwora i chciała mnie zabić przy najbliższej okazji.-mówiła dalej, nie przestając "słodzić" swoim głosem,  coraz bardziej zamieniał się on w szept  -Ale rzecz jasna nie chcieli mnie ot tak normalnie uśmiercić, musieli rozpowiedzieć wokół, jakie ze mnie ziółko kiełkuje. A moja "przyjaciółka", jak kiedyś się do niej zwracałam, chciała się zemną spotkać, żeby mnie wrzucić do wody, bym się utopiła. Tylko że doszło do starcia i obydwie wpadłyśmy do rwącej rzeki. Ja zdążyłam się uratować, a ona trafiła na ostre kamienie na dnie. Umarła od razu, krztusząc się własną krwią. Ojoj, wielka szkoda, czyż nie?-kontynuowała, dalej mówiąc niewinnie, mrugając oczami-A mój ojciec? Czy swej jedynej córce, która po jego śmierci ma przejąc obowiązki alfy organizuje się pogrzeb, nazywa się ścierwojadem, kanalią, rzuca się przekleństwa? Czy tak się okazuje miłość?-jej słodki głosik z cichego zamienił się w jednolity, głuchy ton, w którym nie było słyszeć żadnych emocji. Kończąc swa wypowiedź bardziej ścisnęła więzi roślin, które krępowały wilka.
-Och, zapomniałabym.-rzekła już normalnym głosem. -Lepiej nie ruszaj się, moje rośliny zrobiły ci maleńkie rany. Jeśli dostanie się tam trujący sok, który jest w tych cienkich kolcach, po 3 minutach będziesz martwy. Ale nie mam zamiaru cię zabić.  Na razie cię...zbadam. Sprawdzę, czy można ci ufać.-nie czekając na odpowiedź, podeszła do niego i dotknęła swoją łapę do jego barku. Mamrocąc niezrozumiałe słowa trwała w głębokim natargu, co jakiś czas powtarzając tę samą formułkę. Jeśli jest wysłannikiem ojca, powinna się ukazać pieczęć. Jednak nic się nie pokazało. Powoli otworzyła swe puste oczy.  Odwróciła się robiąc dwa kroki, po czym się zatrzymała.
-Jesteś czysty.-powiedziała. W tym samym czasie rośliny, które krępowały basiora usychały, a po chwili w ich miejscu buchnął ogień zamieniając narośla w proch. Koło Nāve pojawiła się inna roślina, a jeden z liści tworzył kielich, wypełniony jakąś substancją.
-Tutaj jest antidotum na truciznę. Lepiej wypij. Nie jesteś wrogiem watahy, nie mam już nic do zarzucenia. - Powiedziawszy to, następnie poszła przed siebie. Już nie miała nic do powiedzenia.
   Jednak po zrobieniu parę kroków nagle poczuła ogromny ból w głowie, jakby  ktoś na jej skroniach  założył niewidzialną obręcz, która zaciska jej czaszkę. Ten nagły i ogromny ból był nie do zniesienia.
-Coś ty...-wymamrotała tylko, potem runęła jak długa nieprzytomna.
~Nav

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz