Wadera przez chwilę stała nieruchomo, mrugając od czasu do czasu. Po
paru sekundach powoli zmieniła postawę ciała, z ofensywnej do
normalnej, rozluźniła mięśnie. Niczym wiosenny wiatr zaczęła z lekkością
okrążać basiora, ledwo dotykając łapy o ziemię. Z każdym obejściem
coraz bardziej zacieśniając przestrzeń między nimi, niekiedy ocierając
jego bark o swój. Po zrobieniu trzech takich kółek zatrzymała się nagle
i z całej siły uderzyła wilka w bok, o mało co go nie pozbawiając
równowagi. Te parę chwil wystarczyły, by używając magii ziemi przywołać 4
rośliny, które związały jego łapy. Dla zwiększenia bezpieczeństwa
dodała jeszcze piątą narośl, która okalała jego brzuch. Potem niczym
lekki podmuch odeszła parę kroków, by obydwoje byli naprzeciw siebie.
Wadera usiadła wygodnie, znów trzepocząc swoimi rzęsami, by swoim
wyglądem przypominać małą, nieszkodliwą, waderę.
-Oh, rodzina,
przyjaźń, zaufanie, miłość...Wytłumacz mi proszę, co oznaczają te
pojęcia, bo nie rozumiem?-odparła słodkim głosikiem, ale w jej głosie
słychać było ironię.
-Moja ukochaniutka rodzinka aż tak napawała
się miłością do mnie, że uważała mnie za potwora i chciała mnie zabić
przy najbliższej okazji.-mówiła dalej, nie przestając "słodzić" swoim
głosem, coraz bardziej zamieniał się on w szept -Ale rzecz jasna nie
chcieli mnie ot tak normalnie uśmiercić, musieli rozpowiedzieć wokół,
jakie ze mnie ziółko kiełkuje. A moja "przyjaciółka", jak kiedyś się do
niej zwracałam, chciała się zemną spotkać, żeby mnie wrzucić do wody,
bym się utopiła. Tylko że doszło do starcia i obydwie wpadłyśmy do
rwącej rzeki. Ja zdążyłam się uratować, a ona trafiła na ostre kamienie
na dnie. Umarła od razu, krztusząc się własną krwią. Ojoj, wielka
szkoda, czyż nie?-kontynuowała, dalej mówiąc niewinnie, mrugając
oczami-A mój ojciec? Czy swej jedynej córce, która po jego śmierci ma
przejąc obowiązki alfy organizuje się pogrzeb, nazywa się ścierwojadem,
kanalią, rzuca się przekleństwa? Czy tak się okazuje miłość?-jej słodki
głosik z cichego zamienił się w jednolity, głuchy ton, w którym nie było
słyszeć żadnych emocji. Kończąc swa wypowiedź bardziej ścisnęła więzi
roślin, które krępowały wilka.
-Och, zapomniałabym.-rzekła już
normalnym głosem. -Lepiej nie ruszaj się, moje rośliny zrobiły ci
maleńkie rany. Jeśli dostanie się tam trujący sok, który jest w tych
cienkich kolcach, po 3 minutach będziesz martwy. Ale nie mam zamiaru cię
zabić. Na razie cię...zbadam. Sprawdzę, czy można ci ufać.-nie
czekając na odpowiedź, podeszła do niego i dotknęła swoją łapę do jego
barku. Mamrocąc niezrozumiałe słowa trwała w głębokim natargu, co jakiś
czas powtarzając tę samą formułkę. Jeśli jest wysłannikiem ojca, powinna
się ukazać pieczęć. Jednak nic się nie pokazało. Powoli otworzyła swe
puste oczy. Odwróciła się robiąc dwa kroki, po czym się zatrzymała.
-Jesteś
czysty.-powiedziała. W tym samym czasie rośliny, które krępowały
basiora usychały, a po chwili w ich miejscu buchnął ogień zamieniając
narośla w proch. Koło Nāve pojawiła się inna roślina, a jeden z liści
tworzył kielich, wypełniony jakąś substancją.
-Tutaj jest
antidotum na truciznę. Lepiej wypij. Nie jesteś wrogiem watahy, nie mam
już nic do zarzucenia. - Powiedziawszy to, następnie poszła przed
siebie. Już nie miała nic do powiedzenia.
Jednak po zrobieniu
parę kroków nagle poczuła ogromny ból w głowie, jakby ktoś na jej
skroniach założył niewidzialną obręcz, która zaciska jej czaszkę. Ten
nagły i ogromny ból był nie do zniesienia.
-Coś ty...-wymamrotała tylko, potem runęła jak długa nieprzytomna.
~Nav
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz